Strony

13 sierpnia 2011

Co można znaleść w chińskim supermarkecie...



Chiński supermarket to jedno z miejsc, które nadal mnie zadziwia.
Pomijam tutaj tłumy ludzi pojawiających się w nim z całą rodzina, by sobie odpocząć, w upalne dni schłodzić w klimatyzowanym pomieszczeniu.
Pomijam ogrom tutejszych supermarketów, w których można znaleźć dosłownie wszystko i spędzić w nich co najmniej pół dnia.
Pomijam ławeczki, które znajdują się w środku sklepu.
I pomijam bałagan, jaki jest między półkami.
Ach, jakże zapomniałabym, że pomijam przy tym również siusiające na środku sklepu dzieci. Czasem do kosza, czasem na podłogę ;)

Mam na myśli jednak różne produkty spożywcze.
Najbardziej śmierdzącym, ale równocześnie najbardziej interesującym działem supermarketu jest dział z tzw. przeze mnie "żyjątkami".


Sami popatrzcie, co można w takim miejscu znaleźć :)
Pomijam również, że produkty te wystawione są na środku sklepu, bez opakowań i tego typu rzeczy, mmmm same zarazki. Pyszka!












07 sierpnia 2011

Niebo!!!



Pokażę Wam niebo.
Niebo, jakiego u nas zazwyczaj nie można zobaczyć. Pojawiło się, bo z Japonii w kierunku Chin nadchodził tajfun, który skutecznie przewiał wszelkie zanieczyszczenia.
Jakie to niebo? - Niebo niebieskie, które na Was zapewne nie zrobi wrażenia. A dla nas jest tęsknotą.
Dziś wywołało uśmiech na twarzy. Biegaliśmy od okna do okna nie mogą nacieszyć się błękitem.
Za chwilę zniknie. Kiedy obudzimy się rano, niebo będzie jak zwykle szare i zasnute smogiem. Póki co,nie mogę przestać na nie patrzeć.
Popatrzcie ze mną.




Niedzielne uściski!

02 sierpnia 2011

Którą kurę dzisiaj zjem?







Pewnego popołudnia podczas pewnej wycieczki, wybraliśmy się wraz ze znajomymi do restauracji. Wyglądała wspaniale, pełna ładnych, czystych, drewnianych stolików, ładnych dekoracji. Już od progu wiedzieliśmy, że będzie pysznie. I było. Jednak zanim zajęliśmy stolik, poprosiliśmy o przejrzenie menu. Ku naszemu zdziwieniu kelnerka nie podała nam karty lecz zaprowadziła nas, gdzieś na tył sali. Naszym oczom ukazała się cała ściana wyklejona zdjęciami dań. Przy okazji wyboru dania można było wybrać dokładniej, z której pływającej w akwarium ryby chcemy mieć danie, bądź którą dokładnie kurę chcemy pozbawić życia.
Cóż powiedzieć... Przynajmniej wiadomo, że produkty są świeże... :)






Dania w tej restauracji były naprawdę pyszne. Objedliśmy się za wszystkie czasy i mieliśmy problem z poruszaniem się.
Do tego miejsca będę wracać myślami, bo odkryłam tam, obecnie mój ulubiony przepis na bób.


29 lipca 2011

Kłopocik



Historia jakże cudownego piątku...
A wszystko zaczęło się o 12...



Odebrałam telefon i usłyszałam "panowie od internetu przyjdą JUŻ". Zawsze wiem wcześniej, którego dnia ktoś od naprawiania czegoś ma przyjść, jednak JUŻ, to informacja, która średnio mnie cieszy. Mogłabym równie dobrze wiedzieć, że przyjdą rano i czekać na nich w domu cały dzień. W każdym razie JUŻ to dzisiaj oznaczało 10 minut.
Panowie przyszli próbując dogadać się ze mną po chińsku i jak zwykle dużo myśląc (czytaj o innych moich przejściach tu i tu). Jeden z nich posiedział sobie w szafie, gdzie znajdowała się puszka od internetu, drugi siedział gdzieś na klatce schodowej. Możecie sobie wyobrazić, jak wyglądała ich rozmowa, a dokładniej, jak głośna była. I tak do 14. O 14 panowie przypomnieli sobie, że będzie im potrzebny przedłużacz. Na chwilę. Wypięłam więc coś z przedłużacza. Dałam. Nie chcą. Chcą. Wzięli. Zły. Tłumacz dzwoni, że muszę kupić, bo oni potrzebują (na chwilę). I jak już kupię to oni przyjdą. W poniedziałek. Ale toż to mnie mąż uratował mówiąc, że przecież mamy jeszcze inny przedłużacz. Wypięłam. Podałam. Oooo dobry! Super. Po 10 minutach okazuje się, że jednak zły. Tak minęła kolejna godzina. Tłumacz dzwoni, że tu obok jest sklep, oni pójdą, kupią. Dobrze. Ale oni nie idą! Rozsiedli się panowie na kanapie w naszym biurze, pooglądali nasze książki, poćwiczyli sobie na sztangach mojego męża, poprosili o wodę, poszli spać. Halo, zaraz, a kto pójdzie po przedłużacz?! Tak minęło kolejne 30 minut... aż nagle ktoś przyszedł (trzeci?! o nie tego nie przeżyję!) Chłopaki zerwali się ze swojego stanowiska i ślad po nich zaginął. Na kolejne pół godziny... Wreszcie są. Wrócili. Pracują! O nie, oglądają tv, ale jak to, przecież ja wypięłam ten przedłużacz...
O 16.45 usłyszałam OOOOOKKKKKKK, co ucieszyło nie tyle tych panów, co mnie, bo już myślałam, że zechcą się do nas wprowadzić na stałe...


Z jakże sympatycznymi panami pożegnałam się o 17.30 (zanim wyszli zza mojego ramienia próbowali jeszcze zrozumieć, co za dziwne historie wypisuję na komputerze :) ). Wtedy też ujrzałam, jak wspaniale podłączyli nam router... ale chyba będę z tym żyła, bo nie zniosę kolejnych kilku godzin w ich towarzystwie...


Szczęśliwa! :)


Dostałam nagrodę, od El. Serdecznie dziękuję za wyróżnienie! Cieszę się bardzo, jednak nigdy nie byłam fanką zabaw łańcuszkowych. Te właśnie zazwyczaj na mnie kończyły swój żywot...
Nie jestem też fanką mówienia o sobie. Stresuje mnie to :)
Mam więc nadzieję nikt się nie obrazi, jeśli nagrody nie popchnę dalej. Mam zresztą wrażenie, że wszyscy ją już dostali! :)


27 lipca 2011

Trochę czasu na powietrzu


Jakiś czas temu pisałam już o parkach. Tutaj. W dalszym ciągu jednak jestem pod ich ogromnym wrażeniem. Nie pod wrażeniem parków samych w sobie, natomiast pod wrażeniem ludzi w nich przebywających. Może dlatego, że u nas w Polsce parki, to zupełnie inna bajka, a ja ciągle nie mogę się nadziwić, że może być inaczej?

Tutejsze parki pełne są ludzi, ludzi starszych i ludzi młodszych. Ludzi lubiących spędzać czas ze sobą.
Bardzo popularne są gry. Gracze rozkładają na stołach karty, mahjonga, grają w zośkę.

W ogóle gry same w sobie są tutaj bardzo popularnym zabiciem czasu. I mimo, że młodzież bardzo często zamiast spędzić trochę czasu na rozmowie, znika skupiona na ekranie swojego telefonu, granie w gry nie umiera.
Na różnego rodzaju targach, wśród straganów, w wielkich halach targowych na niemal każdym kroku znaleźć można małe stołeczki czekające tylko na ta by ktoś zasiadł do gry. To samo jest na ulicach, gdzie tylko są jakieś domy czy sklepy, pewne jest, że znajdzie się osoby w coś grające.
W w parkach w Pekinie natknęliśmy się również na osoby piszące na betonie kaligrafię. Wydaje mi się, że to też była gra na zasadzie, kto zna więcej znaczków :)

Zobaczcie, jak Chińczycy spędzają czas wolny.














17 lipca 2011

Losowanie


Rozdanie!

Dziękuję za komentarze, które zostawiliście pod postem. Obiecuję zebrać materiały i napisać o tym, o co prosiliście.

Tymczasem losowanie...


A niespodzianka powędruje do...


Moje gratulacje!

08 lipca 2011

Do nieba



 


Temple of Heaven w Pekinie to wybudowana w 1420 roku świątynia, w której cesarze dynastii Ming i Qing modlili się o dobre plony.
Kształt świątyni jest niezwykle symboliczny. Jest ona okrągła, o kwadratowej podstawie, co wynika z wierzeń starożytnych Chińczyków, że Niebo jest okrągłe, a Ziemia kwadratowa.
Świątynia ma wysokość 38 m, szerokość 36m i jest zbudowana w całości z drewna. Do budowy świątyni nie użyto ani jednego gwoździa.
Pierwotny budynek został spalony w pożarze w 1889. Został jednak odbudowany kilka lat później i cały park wraz ze świątynią został otwarty dla zwiedzających w 1918 roku, a 80 lat później świątynia została wpisana na listę Unesco.
Park zajmuje powierzchnię 273 ha (ponad 2x więcej niż Zakazane Miasto!) i jest niezwykle relaksującym i cichym miejscem (pomijając tłumy Chińczyków oczywiście).





LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...