Strony

04 lipca 2014

Na zamku.




Burg Hohenzollern, czyli Zamek Hohenzollern.
Odwiedziliśmy w pewien słoneczny czerwcowy weekend.
Zachwycił nas już z daleka. Pojawił się piękny, dostojny na wzgórzu (855mnp) zwanym Zollerberg. Jest to jedna z największych niemieckich warowni obronnych. Zamek znajduje się w okolicy miasta Hechingen w Baden-Wirtembergii i należy - nadal - do rodu Hohenzollern. Przedstawiciele tego rodu panowali w wielu niemieckich krajach m.in. Prusach.





 


Na sam zamek można dostać się na wiele sposobów. Można dreptać już od samego dołu, można również skrócić sobie drogę i zostawić auto bliżej zamku i wejść po schodach, bądź można wjechać na górę busikiem. Dla każdego coś się znajdzie.
Z samego wzgórza można podziwiać niezwykły krajobraz Jury Szwabskiej, można odpocząć w znajdującym się tam ogródku piwnym, można także wejść do wnętrza budynku.






4 łapy.
Z psami można spacerować po całej okolicy, można również przekroczyć mury zamku, nie można natomiast zabrać psa do zamkowego muzeum. Pani w kasie biletowej powiedziała nam, że można psa mieć na rękach i wtedy nie ma problemu. Miło prawda? (niestety nie jest to informacja potwierdzona na stronie internetowej). My jednak nie skorzystaliśmy z tej opcji i zamek podziwialiśmy jedynie z zewnątrz. Spacerek idealny.




Bajkowy prawda?

26 czerwca 2014

Same lokalne pyszności.










W sąsiedztwie naszego miasteczka ciągle coś się dzieje. 
Idealnym początkiem naszego pobytu w Niemczech były targi serów. 



Z całej okolicy Jeziora Bodeńskiego zjechali się gospodarze mniejszych i większych przedsiębiorstw, zachęcając do zakupu ich produktów. Pysznego jedzenia było co niemiara. Oprócz serów i produktów mlecznych były też lokalne warzywa, owoce i wszelkiego rodzaju napoje. Domowe ciasta. 
Można było również kupić traktor bądź krowę, jeśli ktoś miał taką ochotę. Pewien pan robił również drabiny, a chętni mogli wziąć udział w kursie koszenia kosą. Dzieci natomiast z przyjemnością uczyły się, jak doić krowy. 








Pogoda była cudna. Ludzi więc dopisała cała masa.








I jak tu nie kochać mojej rolniczej okolicy? 



02 czerwca 2014

Miesiąc po.


Minął trochę ponad miesiąc od naszego powrotu do Europy.
Pomyślałam więc, że podzielę się z Wami naszymi wrażeniami. Te są właściwie jedynie pozytywne. Nie mogę sobie wyobrazić, że byliśmy w Chinach aż 4 lata. To wszystko, co się działo przez ten czas wydaję się teraz takie nierealne. Nie zatęskniliśmy za Chinami ani przez minutę odkąd wróciliśmy. 
Bo w Niemczech jest cudownie!


Przede wszystkim muszę Wam powiedzieć, że dni są niezwykle długie. W Chinach właściwie cały rok, kiedy mój mąż wracał z pracy przed 19.00 było już ciemno. Czy lato, czy zima. Dlatego dni mijały w tempie ekspresowym. Tutaj jest jasno do 21.00! Uwierzcie, że przez pierwsze tygodnie nie wiedzieliśmy, co zrobić z tak długim dniem. Odliczaliśmy godziny, kiedy to będzie można się już położyć. Nagle zyskaliśmy kilka godzin doby extra. No i super. Teraz już się przyzwyczailiśmy i wyciskamy z dnia ile się da.
Mieszkamy na wsi, więc jest pięknie, zielono i cicho. Całymi dniami towarzyszy mi śpiew ptaków. Na niebie są gwiazdy! Aaaaa – niebo jest niebieskie! Cały czas jest pięknie niebieściutkie! Jeśli odjadę kilka kilometrów od naszego miasteczka widzę w oddali Alpy, 3 minuty od domu mamy staw, gdzie chodzimy karmić kaczki. W pobliżu mamy owce, konie, krowy. Jedzenie od rolnika, wiejski miód, pyszne truskawki. Wreszcie wyszło słońce i zrobiło się ciepło. Aż szkoda siedzieć w domu. Więc ciągam te moje psy wszędzie, gdzie się da. A one cieszą się niezwykle z nowych zapachów, z wielkiej trawy. Uczą się poznawać odgłosy natury. Polują na ptaki, boją się wielkich zwierząt, szczególnie kiedy te wydają niezwykłe odgłosy... 




Minęły bóle głowy. Nie mogę uwierzyć, że żyłam tyle czasu w takich męczarniach migrenowych. W ogóle nie muszę się już bać, że jeśli stanie się coś nam lub moim bestiom, to nikt nie będzie wiedział, jak nam pomóc. Ufam medycynie i lekom. Wreszcie, po tylu latach!
Wchodząc do sklepu wiem, że mogę zaufać jedzeniu i innym produktom. W ogóle – wchodzę do sklepu i mogę kupić wszystko, czego potrzebuję. Wszystko w jednym sklepie! I jeszcze do tego jest cicho. Bo ludzie nie krzyczą, bo nie przepychają się w kolejce do kasy. Jakby ich nie było... A są.
Mogę też pić wodę z kranu. I jest wyśmienita.


Dorobiliśmy się auta i w końcu po 4 latach mogę siedzieć za kierownicą, kiedy tylko przyjdzie mi na to chęć. I pojechać, gdzie tylko mam ochotę. I zrobić przystanek, kiedy tylko mi się zamarzy. Dlatego w weekendy ciągle gdzieś jeździmy. Nie możemy nasycić się pięknem otaczającego nas świata. A przede wszystkim nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wpakować do auta nasze psy i pojechać z nimi do Włoch, Szwajcarii, Polski czy Czech, bo tyle już miały okazję zobaczyć. Można spać z nimi w hotelu, wziąć je do restauracji, czy sklepu i nikt nie wrzeszczy. Mało tego, jeszcze zostaną poczęstowane miską z wodą. 


Czy dostrzegam jakieś minusy powrotu?
Żadnych! Cieszę się jak głupia, że jestem znów w cywilizacji, oddycham czystym powietrzem. Jak dziecko bawi mnie widok krowy, uśmiecham się, kiedy słyszę ptaki.
I cieszę się, że doświadczyłam pobytu w Chinach. I nie zrozumcie mnie źle. Ja się bardzo cieszę, że tam byłam, ale głównie dlatego, że dzięki temu doceniam to, co jest dla mnie w życiu ważne. Bo dostrzegam teraz te drobiazgi, które wcześniej istniały, a ja przechodziłam obok nich obojętnie. Były zawsze i myślałam, że zawsze będą. 
Spójrzcie w niebo. Posłuchajcie ptaków. Weźcie głęboki oddech. Wsłuchajcie się w ciszę. I wyobraźcie sobie, że nagle tego nie ma. Żadnej z tych rzeczy nie można doświadczyć w Chinach na co dzień. Tak tam wygląda życie. Smutno prawda?

20 maja 2014

4 łapy, czyli podróże z psem.


Najbardziej stresującym dla mnie punktem powrotu do Niemiec był transport naszych małych bestii. Przygotowania do tego rozpoczęliśmy już zimą, kiedy to jeszcze nie do końca byliśmy pewni, czy wrócimy, a jeśli nawet to kiedy. Przygotowanie zwierząt zajmuje kilka ładnych miesięcy. Zaczęliśmy od mikrochipa i szczepienia przeciwko wściekliźnie, które musiało odbyć się w specjalnej rządowej klinice w Szanghaju. Szczepienie w innych klinikach nie jest uznawane w dokumentach. Po upływie miesiąca zabraliśmy psy na ciąg dalszy badań. Tym razem było to badanie krwi na obecność przeciwciał przeciwko wirusowi wścieklizny. Próbka krwi została wysłana na badania do Niemiec i na wyniki czekaliśmy ok. 4 tygodnie. By wjechać do Niemiec musieliśmy odczekać co najmniej 90 dni od dnia pobrania próbki. Wypadła nam data 25 kwietnia (27 byliśmy już w samolocie). Tydzień przed wylotem po raz kolejny odwiedziliśmy klinikę rządową, gdzie sprawdzany jest ogólny stan zdrowia psa. Jest to również czas papierkowej roboty, multum podpisów, stempelków, itp. 3 dni przed wylotem to kolejna wyprawa do Szanghaju. Tym razem na szczęście bez czworonogów. Musieliśmy odebrać dokumenty zezwalające na eksport zwierząt z Chin. Odbieraliśmy je w urzędzie celnym

W międzyczasie musieliśmy zaopatrzyć się w specjalne klatki do przewozu zwierząt. Bardzo ważne jest, by miały metalowe śruby. Często sprzedawane są takie z plastikowymi, a te podobno nie nadają się do transportu lotniczego. Nasze psiaki przez ostatnie miesiące w Chinach przyzwyczajane były do klatek, które zastępowały im łóżka. Wszystko po to, by czuły się w nich bezpiecznie i nie miały dodatkowego stresu podczas podróży (sprawdziło się i nadal uwielbiają w nich leniuchować). Ważne również jest przyzwyczajenie psów do picia z poidełka, by nie odwodniły się w czasie długiej podróży


Razem z rezerwacją naszych biletów, zarezerwowaliśmy w cargo miejsca dla psów. Mieliśmy więc pewność, że psiaki polecą z nami. Psy nie przekraczające (wraz z klatką) wagi 8 kg mogą podróżować w kabinie, jako bagaż podręczny. MeiMei mieści się w normie, ale nie chcieliśmy robić sobie i innym pasażerom kłopotu, tym bardziej, że było to długi i pierwszy w ich życiu lot. Także obie leciały w luku. Opłata za jedną klatkę to 150 euro. Jeśli weźmiemy psa do kabiny opłata jest mniejsza o mniej więcej połowę.
Na lotnisku zalecane jest pojawienie się 3h przed odlotem. Po dotarciu kierujemy się do odprawy, gdzie sprawdzane są wszelkie niezbędne dokumenty, pobierana jest opłata za przelot i następuje czas rozstania.
Potem jest ten najgorszy czas, kiedy właściciel umiera z nerwów i ciekawości, co dzieje się ze zwierzakami i czy na pewno z nami polecą. Dlatego ja przeleciałam biegiem przez odprawę i siedziałam w oknie, patrząc czy ładują nasze psy do środka. Kiedy zobaczyłam je na taśmie wjeżdżające do luku mogłam odsapnąć choć przez chwilę.  
Nasłuchałam się różnych historii, że psy szczekają i słychać je na pokładzie, że zjadają rzeczy w klatce, że robią sobie rany na łapach. Z dobrych wieści słyszałam, że mają czasem w lukach kamery i można podejrzeć, co się tam dzieje. Ale niestety jedyną informacją jaką dostałam od stewardessy (która swoją drogą specjalnie zadzwoniła do kabiny pilotów) była informacja, że w luku jest 15°C. Co jedynie mnie zmartwiło, że tyle godzin, to na pewno moim kanapowcom za zimno ;) 

Po wylądowaniu w Monachium, które było celem naszej podróży, mogliśmy odebrać nasze psiaki w miejscu gdzie odbiera się bagaż specjalny. Wyjechały jako pierwsze, zrelaksowane i szczęśliwe, że nas widzą. Ach no i niezwykle głodne!
Będąc jeszcze w Chinach skontaktowaliśmy się z urzędem celnym lotniska w Monachium, by poinformować ich, że przylatujemy. Lądowaliśmy z samego rana i obawiałam się, że trzeba będzie czekać kolejne kilka godzin na lekarza, który będzie mógł potwierdzić dokumenty, czego nie chciałam fundować psom. Przesłaliśmy więc mailowo wszystkie dokumenty, które zostały potwierdzone bez żadnego problemu. Dlatego, kiedy wychodziliśmy z lotniska, urzędnik jedynie sprawdził czy numery czipów zgadzają się z dokumentami. I byliśmy wolni.


Po przyjeździe do naszego miasteczka od razu poszliśmy do weterynarza, który jest uprawniony do wystawiania europejskich paszportów dla zwierząt. Aby psy mogły swobodnie poruszać się po krajach Unii muszą być zaopatrzone w mikroczipy i powinny posiadać paszport wystawiony przez upoważnionego do tego lekarza weterynarii. W zależności od celu podróży może okazać się, że wymagane są dodatkowe szczepienia, badanie krwi, bądź odrobaczenie zwierzaka tuż przed podróżą. Dlatego, jeśli planujecie wakacje ze swoim pupilem najlepiej zorientować się odpowiednio wcześnie, jakie dokumenty będą niezbędne

Cóż mogę powiedzieć – nie taki diabeł straszny. Nasze bestie zniosły podróż idealnie. Teraz cieszą się z pobytu w Niemczech i z podróży po Europie. Zwiedziły już Włochy i Szwajcarię. I nie możemy doczekać się kolejnych wspólnych wypraw.


LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...