Strony

17 kwietnia 2014

10. Good quality, good price, czyli jak to jest z tą jakością.

Pozostając jeszcze przez chwilę w temacie zakupów, chciałam opowiedzieć Wam, jakie są moje doświadczenia z jakością produktów w Chinach.
To, że przywoziliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy z zagranicy nie wynikało jednie z utrudnionych zakupów. Często też woleliśmy kupić coś poza Chinami, by mieć pewność oryginalności produktu i jego dobrej jakości. Tutaj nikt nikomu nie ufa. Historii jest wiele. Jedną z wciąż aktualnych jest mleko w proszku dla dzieci. Każdy kto może (i nie mówię tu jedynie o obcokrajowcach), albo przywozi je z zagranicy sam, albo prosi o pomoc znajomych. Jest to pozostałość po aferze z melaniną w mleku. Jedzenie, to ogólnie jest wielkie pole minowe. Tak naprawdę nigdy nie masz pewności, co jesz i skąd to pochodzi. Dlatego zawsze podchodziliśmy do tego tematu sceptycznie i wspominając zakupy w supermarkecie i np. herbatę, zawsze staraliśmy się wybrać tę o wyższej cenie, mając nadzieję, że to zagwarantuje nam jakość.
Podróbki mogą być sprzedawane w najpiękniejszym sklepie, za największe pieniądze, a na koniec może okazać się, że kupiłeś produkt warty 20 złotych...
Również jakość ubrań w sieciówkach według mnie różni się jakością w i poza Chinami. Tak więc wszelkie ubrania, najlepiej było kupować za granicą.
Ale także kosmetyki, nawet te z wyższej półki, nie dość, że w Chinach droższe, to i tak nie masz pewności składu. Pasty do zębów, szczoteczki, jedzenie dla psów, płyny do prania, gumki do włosów (ostatnio słyszałam, że robią takowe z prezerwatyw...). W Chinach na wszystko trzeba uważać.


Również jakość mieszkań ma wiele do życzenia. Mieszkając przez 2 lata w Niemczech, nic nam się nie popsuło, a tutaj miałam w domu swoich "ukochanych" panów fachowców prawie co miesiąc. A to światło się spaliło, a to drzwi zablokowały, klimatyzacja nie działała, sufit przeciekał, non stop był problem z gniazdkami. Okna mają szpary, prysznic się nie domyka, podłoga jest miękka, jak plastelina i jak coś upadnie od razu pojawia się dziura. Wieżowce budowane są w tempie ekspresowym i takie są tego skutki. To się coś urwie, to odpadnie - w mieszkaniu, w hotelu, czy w restauracji. Bloki, już po kilku latach wyglądają, jakby się zaraz miały rozsypać, no i cóż, słyszałam i o takich sytuacjach niestety...
Nasz skuter po 2 latach używania wygląda, jakby był na wojnie.
Do mycia owoców i warzyw powinno się używać specjalnego płynu, bo nikt nie wie, czy można ufać wodzie i rurom. Wszystko zawsze gotowaliśmy w wodzie ze sklepu, a i tak jest jeden rodzaj na półkach, którego podobno nie powinno się używać.

Ja się po prostu czasami boję, czy to wsiąść do windy czy do pociągu, nie ufam chińskim lekom i chińskim przysmakom. Boję się zabierać psy do weterynarza. Nie ufam chińskiej jakości i co tu dużo mówić - cieszę się na powrót. Ale jeszcze przed tym muszę zaufać chińskiej firmie do przeprowadzki, która będzie pakować nasze rzeczy...
Chociaż mój mąż mówi, że jeśli dobrze zapłaci się w produkcji i patrzy na ręce pracownikom, można otrzymać to, czego się oczekuje.
W końcu większość produktów nas otaczających jest teraz Made In China.

16 kwietnia 2014

11. Zakupy.

To dopiero temat rzeka. I właściwie nie wiem od czego zacząć.
Kiedy przyjechaliśmy do Chin byliśmy zachwyceni. Tyle różnych rodzajów herbaty, sosów sojowych, tyle targów ze wszystkim i niczym. Naczynia za grosze. Przyuliczne sklepy z tanimi ubraniami. Buty! Płyty DVD niemal za darmo. Obrusy, kubki, obrazki. Rynek z materiałami, gdzie zrobią wszystko, czego zapragniesz. Wszędzie widzisz okazję, więc kupujesz i kupujesz, i kupujesz... Torby, zegarki, paski, jedwabne apaszki, perły, czego tylko dusza zapragnie.



Zupełnie inne spojrzenie mamy teraz.
Na pudełku z herbatą pełną chińskich znaczków raczej nie można nic przeczytać, to samo z sosem sojowym i masą innych rzeczy w supermarkecie. W pewnym momencie nie masz już ochoty próbować, bo okazuje się, że kolejna herbata do niczego się nie nadaje, a zamiast soli kupiłeś glutaminian sodu. Trzymasz się więc sprawdzonych rzeczy.
W chińskich supermarketach rzadko znajdzie się, jakiś produkt z zachodu, a jeśli już to kosztuje on podwójnie. Chociaż i tak jest teraz o niebo lepiej, niż było 4 lata temu. W Suzhou mamy bardzo dużo obcokrajowców, dzięki czemu możemy też znaleźć kilka sklepów z "naszym" jedzeniem, a ceny produktów nieco się obniżyły, ale i tak czasem zdarzało się, że przez kilka miesięcy nie można było nigdzie znaleźć na przykład śmietany, potem nagle pojawiała się gdzieś na półce i kupowało się ile wlezie, mroziło ją, by była na zaś. Takie to kłopoty z produktami mlecznymi. Z chlebem też nie było łatwo. Na początku mieliśmy tylko jedną "naszą" piekarnię, gdzie bochenek napompowanego chleba, nienadającego się do niczego już drugiego dnia, kosztował jakieś 25 złotych. Wszystko to wynagradza natomiast różnorodność owoców i warzyw, o których w domu nawet nam się nie śniło. Sezon na truskawki w środku zimy. Arbuz, melon, mango, pitaja wszystkie przepyszne i za grosze. Mangostan, liczi - niebo w gębie. A pomidorki koktajlowe, które tutaj kupuje się na stoisku z owocami, jadałam kilogramami. Świeże pędy bambusa, lotus. I wiele innych, o których nazwie nie mam nawet pojęcia. Na pewno będę tęsknić za tymi smakami.






Na targach ze wszystkim i niczym jesteś dla sprzedawców turystą i łatwym łupem, więc przepłacasz zazwyczaj za wszystko, nierzadko o wątpliwej jakości. Na przestrzeni lat, które spędziliśmy tutaj zauważyliśmy, jak bardzo zmienili się sprzedawcy, którzy teraz krzyczą na ciebie niemiłosiernie, często zdarza się, że ciągną za rękaw, aby zatrzymać cię i sprzedać ci coś u nich w butiku, a jeśli nie dogadasz się z ceną jeszcze na koniec cię wyzwą za stratę czasu. W przyulicznych sklepach z ubraniami, rzadko można znaleźć coś dla siebie, bo Chinki są za zwyczaj dużo drobniejsze i niższe od nas, nie mówiąc już o kupnie butów, które właściwie jest tutaj niemal niemożliwe, jeśli masz rozmiar większy niż 39.

Wybór kosmetyków do pielęgnacji jest niezwykle ubogi. Chiny nie są rynkiem całkowicie otwartym na produkty zagraniczne, dlatego bardzo ciężko jest znaleźć coś, co w wielu innych krajach znajdziesz na każdym rogu. Oprócz tego, jako że Chinki uwielbiają wybielać swoją skórę, zamiast zwykłego balsamu najczęściej znajdziemy na półce balsam wybielający. Również wiele kremów do twarzy ma w sobie wybielający składnik. Zupełnie niezgadzające się z teorią wybielania są braki na półkach kremów z filtrem, co irytowało mnie zawsze wyjątkowo.


Jak sobie z tym wszystkim radziliśmy? Tak, jak cała reszta obcokrajowców. Przywoziliśmy wszystko z zagranicy. Jeśli widzisz, że kosmetyk się kończy, zapisujesz na kartce, może przywiezie ci go znajomy, a może sam akurat wybierasz się poza Chiny. Masz ochotę na pyszną szyneczkę lub ser? Musisz poczekać, do kolejnej wyprawy. Choć może się zdarzyć, że zabiorą ci twoje dobra na lotnisku, no ale kto nie ryzykuje, ten nie je pyszności ;) Kurtki, buty, spodnie, wszystko kupowaliśmy zawsze w Polsce. Na każdych wakacjach musiałam odwiedzić sklep, żeby zaopatrzyć się w niezbędne produkty. Czy to krem, czy smakołyki dla psów.




Czego mnie to wszystko nauczyło? Nauczyło mnie docenić dostępność produktów. Marzę o tym, żeby wejść do sklepu i mieć możliwość kupić wszystko, na co akurat mam ochotę. Móc w końcu przeczytać coś na etykiecie i dowiedzieć się czy to szampon czy żel pod prysznic, czy mleko, a może akurat truskawkowy jogurt (smakuje okropnie po dolaniu do kawy...). Mozzarella - to będzie moje pożywienie przez pierwsze tygodnie po powrocie. Taaak za nią tęsknię. I w końcu nikt nie będzie mnie oszukiwał, kiedy zapytam, ile co kosztuje. I nikt nie będzie na mnie krzyczał, jeśli zdecyduję się wyjść ze sklepu bez niczego.

Ale będę tęsknić. Za tym targiem z materiałami, gdzie ubranie szyte na miarę jest tanie, jak barszcz, a nasza Pani rozpoznaje nas z daleka. Za moją Panią na stoisku z warzywami, która zawsze wybierała dla mnie najładniejsze produkty i próbowała porozumieć się ze mną moją niezwykle łamaną chińszczyzną, a także wytłumaczyć mi, jak przygotować warzywo, którego nigdy wcześniej nie widziałam na oczy. Będę tęsknić za wyjątkowym miejscem w internecie, jakim jest Taobao, gdzie można dostać wszystko, za grosze, jeśli tylko wiesz, czego szukać i jak opanować wszechobecny język chiński (albo znasz kogoś, kto z przyjemnością pomoże ci zrobić zakupy).
Ach te Chiny :)


15 kwietnia 2014

12. Zwierzęta.

Z ogromną radością zabieram z Chin moje psy i cieszę się, że lecą z nami do kraju, w którym wreszcie będą miały jakiś status istnienia oraz będą chronione przez prawo.
Temat, który poruszałam na blogu już kilka razy. Temat, który mnie, jako ogromną miłośniczkę zwierząt i wegetariankę od wielu wielu lat dotykał w Chinach wyjątkowo. Wiele razy ze łzami w oczach czytałam artykuły, jak Chińczycy traktują zwierzęta, co się dzieje na zapleczach chińskich restauracji i za co Chińczycy lubią zapłacić majątek. Zwierzęta domowe, takie jak psy i koty, traktowane są tutaj, jak zabawki. Farbuje się im sierść, maluje paznokcie. A po kilku latach, kiedy już się właścicielowi znudzą wyrzuca się je na ulicę w nadziei, że zostaną zjedzone. Otwiera się drzwi kotu i wypuszcza go "na wolność" w środku zatłoczonego Szanghaju...
Zwierzęta hodowlane nie są traktowane, jak żywe stworzenie, ale jak jedzenie na czterech nogach, dzięki któremu w łatwy sposób można się wzbogacić. Dlatego słyszy się tyle historii o sprzedawanych w chińskich restauracjach szczurach udających jagnięcinę, kotach bez łap uchodzących za króliki. Również wiele przesądów o tym, że zjedzenie danego zwierzęcia da nieprawdopodobną siłę lub długowieczność, boli niezwykle. Pisałam już kiedyś, że Chińczyk zjadłby ostatnie zwierzę na Ziemi, za wszystkie pieniądze Świata, aby pokazać się i umocnić swój status społeczny.



Ostatnio na granicy złapano człowieka, który przewoził ze sobą 20 małych niedźwiadków i zaklinał, że są to szczeniaki. Wiózł je po to, żeby wykorzystać je jako chińskie lekarstwo. Nawet nie zabić, ale poddawać cierpieniu przez resztę jego życia...
W sklepach zoologicznych psy są zazwyczaj chore, suki są jedynie po to by produkować szczeniaki, które w wielu przypadkach są sprzedawane zanim jeszcze się do tego nadają.
Pieniądze, pieniądze, pieniądze...




Kiedy pada deszcz, bądź jest zimno ludzie na naszym osiedlu wyprowadzają psy w podziemnym parkingu... Krzyczą, biją. Nie raz zdarzało mi się zwracać komuś uwagę, kiedy podnosił rękę na swojego psa...
Wyglądające strasznie chińskie zoo, a w nich zaniedbane i cierpiące zwierzęta, bo rozchodzi się tam jedynie o pieniądze. Także jedne zwierzęta udające inne...

Cóż, cieszę się, że nie będę musiała już o tym słuchać i na to patrzeć. I wiem, że u nas też nie jest idealnie, ale jednak mamy większą świadomość tego, co robimy... Przynajmniej mam taką nadzieję...

No i nasze bestie będą w końcu mogły z nami podróżować, bo tutaj ciężko się z nimi ruszyć, nawet poza nasze osiedle...

14 kwietnia 2014

13. Toalety.

Dziś będzie brzydko, więc post dla tych o mocniejszych nerwach.
Przez tyle lat się jakoś nigdy nie złożyło, żeby wspomnieć o chińskich toaletach. Ale jak nie teraz, to nie będzie już pewnie okazji.
Tak więc chińskie toalety wyglądają zazwyczaj tak...


Nie tylko te przyuliczne, bo również te w restauracjach, barach, przychodni, kinie, lotnisku czy centrum handlowym. Oczywiście zdarzają się też toalety "nasze", ale z tych nie każdy Chińczyk potrafi korzystać i często wchodzą na nie w butach. W niektórych toaletach można znaleźć znaki pokazujące, żeby tego nie robić.
Oprócz tego, obok toalety znajduje się zazwyczaj otwarty kosz, do którego wyrzuca się zużyty papier toaletowy. Chińska kanalizacja nie działa często tak, jak powinna, dlatego po wrzuceniu papieru rury bardzo często się zapychają i w wielu miejscach jest prośba o wyrzucanie papieru właśnie do kosza. Pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałam to od pana, który pomaga nam ze sprawami mieszkania. Mówił, że do mieszkań obcokrajowców bardzo często muszą przychodzić hydraulicy, bo toalety się zapychają. Na szczęście nas ten nieprzyjemny problem ominął.



Toalety również niezwykle śmierdzą i nie grzeszą czystością. Myślę, że duży wpływa na to ma między innymi ten kosz, ale również to, że Chińczycy niekoniecznie lubią dbać o higienę wokół siebie. Dlatego, co Wam będę mówić, jest często po prostu obrzydliwie.
Słyszałam również wiele historii o toaletach męskich, które są zalane wokół pisuarów. Każdy kolejny korzystający odsuwa się dalej, żeby nie stać na mokrej podłodze, no i wiecie, im dalej tym gorzej... ;)

13 kwietnia 2014

14. Petardy.

Zaczynamy z grubej rury - petardy.
Chińczycy uwielbiają petardy. Uwielbiają robić hałas i odstraszać duchy. Dlatego te petardy to właściwie najczęściej takie hałaśliwe straszaki. Nie wiążą się więc one z pięknymi kolorami na niebie, raczej z ogromnym bałaganem na ziemi.


Ktoś ma urodziny, ktoś bierze ślub, ktoś się wprowadza do nowego mieszkania, ktoś otwiera własny biznes. Okazji jest bez liku. A hałas i dym niewyobrażalny. Rano, wieczór, środek nocy. Często nie ma znaczenia. Nie dłużej niż kilka dni temu, w środku nocy, jeden z naszych sąsiadów postanowił sobie odpalić kilka petard, czym zapewne zbudził nie tylko nas. Nikogo to nie obchodzi. Takaż tradycja ;)
Najgorzej jest w Chiński Nowy Rok, kiedy to petard jest multum, o każdej porze dnia i nocy. Jakiś hałas raz na dzień nikogo nie rusza. Także nas przestał obchodzić po tylu latach w Chinach. Nawet nasze psy mają w nosie te huki, tak się przyzwyczaiły, że przyjmują je, jako rzecz naturalną.
Muszę Wam powiedzieć, że żadne petardy już nigdy nie zrobią na mnie wrażenia. Widziałam i słyszałam ich tyle, że wystarczy mi do końca życia.
I jeszcze trochę... :)

12 kwietnia 2014

Chińskie życie.

Prze kolejne 14 dni posty będą pojawiać się codziennie. I będzie to nasze życie w Chinach w pigułce. Nasz pobyt tutaj dobiega końca i wyprowadzamy się już za 2 tygodnie. Psiaki gotowe do lotu, dorobek życia już niemal w kartonach. 4 lata minęły w oka mgnieniu. Nadal pamiętam pierwsze chwile tutaj - jakby to było wczoraj. A tyle się przez te lata zmieniło. I my się niezwykle zmieniliśmy. I rodzina nam się powiększyła o dwie kudłate bestie...
Ciągle nie wierzę, że dzieje się to naprawdę, ale bardzo nas cieszy powrót. Mimo wielu radości, które dało nam życie w Chinach tęskniliśmy niezwykle za Europą, szczególnie w ostatnim roku. Dlatego już od stycznia planowałam i odliczałam dni do wyjazdu. Myślę, że po prostu nadszedł nasz czas.


Będzie mi pewnie trochę szkoda tego widoku z kuchennego okna, ale lubię zaczynać wszystko od początku, więc z niecierpliwością czekam na to, co przyniosą nadchodzące miesiące. Z Wami się nie rozstaję. Bo materiałów z Azji (i nie tylko) jest jeszcze cała masa. Poza tym planujemy też poszaleć trochę po Europie, bo przez ostatnie lata nie mieliśmy takiej możliwości, więc miejsc do opisania nie zabraknie. A tymczasem zapraszam na krótki cykl, w którym dowiecie się, co przez ostatnie lata sprawiało nam radość, co męczyło, za czym tęskniliśmy i czemu zdecydowaliśmy się wyjechać.

Do jutra!

29 marca 2014

20h w Sydney.

Bardzo krótki przystanek w Sydney.
By zobaczyć Operę i poczuć miasto.
Choć przez chwilę.
Spacerować, jeść pyszności i korzystać z pięknej pogody.













Było cudnie.
Krótko i nienasycenie, ale cudnie. 









 


A tu najpiękniejsze centrum handlowe, jakie kiedykolwiek odwiedziłam.
Queen Victoria Building. Otworzony 1898 roku. Piękny.







LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...